Poniedziałki to zazwyczaj ciężki dzień. Po weekendzie pojawia się mnóstwo pracy, przesuwając bieżące sprawy na potem i tworząc górę zaległości ;) Dlatego wtorek wygląda znaaacznie lepiej, bo człowiek przestaje być zabieganym kłębkiem nerwów i nie patrzy na innych jak na wrednych przeszkadzających intruzów.

Wtorek – wredna waga od tygodnia stoi i nie chce spaść wahając się cały czas +- 0,3kg (czyli typowe dobowe wahania). Szczęśliwie obwody były przez ostatnie 2 tygodnie bardzo przyjazne. Nowe spodnie zaczynają ze mnie spadać, to bardzo dobry znak.

Posiłki dzisiaj były wyjątkowo nieregularne i skromne. Żołądek domaga się u mnie kolacji, na warsztat pewnie wyciągnę jakąś rybkę z surówką. Nie ma sensu obżerać się na noc.

- twarożek i kawa zbożowa na śniadanie

- kiełbaski śniadaniowe z Lidla (jedne z niewielu w tym sklepie gdzie wkład mięsa w gotowym produkcie to ponad 90%), pół paczki

- sałata, śledzie marynowane 2 płaty

- kawałek piernika z „byle okazji” w pracy ;) (jak widać jakość węgli u mnie pozostawia nieco do życzenia…)

- duża mandarynka, kawałek czerwonego grejpfruta

- woda, kawa w ciągu dnia

Jestem beznadziejnie uzależniona od kofeiny. Trudno zarzucić ten nałóg, chociaż na razie udało mi się ograniczyć ilość wypijanych kaw. Zaopatrzyłam się też w bezkofeinową. Na razie zeszłam do dwóch filiżanek kawy rozpuszczalnej dziennie. Z ilu to lepiej nawet nie myśleć…