Niestety ‚efekt excela’ u mnie nie wystąpił. Nie wystarczyło wypełnić tabelek, obliczyć trendu i z zadowoleniem czekać na jego kontynuację.

Pisałam ostatnio  o akcji liczenia kalorii i picia wody, a nawet kawowym detoksie. Cóż, do części wniosków nie potrzebowałam arkusza kalkulacyjnego. Nie były budujące. 

Wbrew pozorom, życie biurowe wcale nie sprawia że piję więcej wody. Piję więcej kawy. Ledwo wróciłam do biura po urlopie i od razu niemal automatem w stronę ekspresu do kawy. Kusiło potem też strasznie. Nie bycie w pobliżu tego diabelskiego wynalazku zdecydowanie ułatwia trzymanie się z dala od nałogu.

Jakoś w domu nie mam takich ciągotek. W zupełności wystarcza bezkofeinowa. Człowiek jednak jest dziwny ;)

Liczenie proporcji nawet się powiodło. Na pewno jeszcze chwilę będę liczyć jedzonko. Czasem z zaskoczeniem sumuję ile zjadłam w ciągu dnia, zarówno w ilościach czy kaloryczności. Oczywiście waha się to w zakładanych widełkach, ale rozbieżności potrafią być duże. Widzę już powoli gdzie pojawiają się grzeszki, i niestety przyznam, że najbardziej winne tu jest życie biurowe. Nie mam żadnego problemu z żywieniem poza biurem, to biuro sprowadza mnie tu na manowce… muszę przedsięwziąć parę akcji zapobiegawczych, bo jak tak dalej pójdzie wrócę do nałogu kawowego.

Egzamin zdany, choroba prawie minęła, wracam do aktywności fizycznej. Widzę teraz, jak z pozoru niewinne zapalenie potrafi zabrać siłę :( dzisiaj byłam na rollmasażu i na dłuższym spacerze, jutro będzie przez całe popołudnie bieganie po sklepach meblowych – muszę zmienić meble u siebie na praktyczniejsze, inaczej wiecznie będę tracić czas i siły na porządki. Zapowiada się kolejny aktywny tydzień, miejmy nadzieję że nie załamię się w połowie ;)

Wracam to nawet dobre określenie. Brakuje mi ruchu, mimo że generalnie należę do leniwców kanapowych. Kiedy człowieka aż rwie, by coś zrobił – to jest zupełnie inne odczucie gdy ze zmęczeniem marzy tylko o zaśnięciu zamiast zrobieniu kolejnej serii przysiadów…