Nieprawdopodobne, jak człowiek jest uzależniony od wskaźnika wagi.

Nawet gdy doskonale widzi efekty w centymetrach – spadek ponad 30 cm w pasie to jak dla mnie fenomenalny wynik :D – to jednak zostaje coś dziwnego, jakieś uczucie w głębi gdy nie widzi adekwatnego efektu na wadze. A już dziwny dzwonek pojawił się ostatnimi czasy, gdy mimo utraty prawie kolejnej dychy w obwodzie (sierpień-październik), przytyłam 3 kilo (mięśnie wracają :)  )! Kiedy rozmawiam z rodzicem, to nie pyta o centymetry czy rozmiar, pyta o wagę.

Waga stoi sobie w kącie pokoju i kusi i jak człowieka ma nie trafić gdy w oczach całego świata jest jedynym wyznacznikiem?

Znam osoby, które ważą się nawet kilka razy dziennie… jakikolwiek wyjazd bez możliwości zważenia się – dramat. Główny temat rozmów? Dieta/waga.  Otoczenie wcale nie pomaga, jak widzę. To jest już prawdziwy paskudny nałóg :( Cyferki na wyświetlaczu/wskazówki determinują ulgę, dobry humor albo czarną rozpacz bo od „ostatniej kolacji przytyłam przez noc pół kilo”.

Sama ograniczyłam ważenia do 1-2 dni w tygodniu – do dni akcji prowadzonej z innymi forumowiczami z dieta.pl, gdy musiałam podać wymiary przy akcji. Teraz nie ma regularnej akcji, do której bym była zapisana i niedawno zważyłam się po raz pierwszy od końcówki września. Uff, co za uwalniające uczucie :) kto by pomyślał, że można poczuć się tak wolnym przez brak potrzeby stawania na wadze…?

Lubię centymetr (bardzo, zwłaszcza gdy pokazuje spadek), ale mimo to mam gdzieś w głowie zakodowany komunikat, że człowiek szczupły lub szczuplejący powinien mieć również spadające cyferki na wadze. Nie umiem się pozbyć tego zakodowanego schematu, stąd rzeczywiście lepiej będzie jak nie będę stawała za często na wadze i liczyła kilogramy…

Moja pokazuje prócz wagi, zmianę kompozycji ciała. Mam taką mierzącą zawartość tłuszczu/wody/mięśni w organizmie. Oczywiście pomiar nie jest super dokładny,  to nie jest jakieś super drogie i zaawansowane urządzenie. Ot, zabawka. Od początku gdy zaczęłam się na niej mierzyć spadła zawartość tkanki tłuszczowej o niecałe 1/4 tj. z 45% na 35% – i to chyba jedyne cyferki które mnie na niej ostatnio cieszą. Aż szkoda, że nie miałam tej wagi od początku swojej drogi, przy najbardziej spektakularnym spadku… :D