Więcej i szybciej. Tak można w skrócie określić program dietetyczny osób w moim otoczeniu. Sami zapewne nie nazwaliby w większości przypadków swojego odżywiania „programem dietetycznym”, gdyż samo słowo dieta kojarzy im się z wyrzeczeniami, jedzeniem ledwie paru listków sałaty dziennie i bezustannym głodem. Tragedia, w której sama jeszcze w zeszłym roku uczestniczyłam.

Chcemy szybko schudnąć, tak jak szybko awansować, zarabiać krocie, być pięknym i lubianym. A wszystko to najlepiej bez żadnego wysiłku (no, ewentualnie na wysiłek zbierania hołdów się wysilimy), teraz, zaraz, natychmiast niczym szybka wygrana w lotto. Odchudzanie i tracenie zbędnych kilogramów ma mnóstwo wspólnego z takim podejściem. Bo to nic innego jak nasze myśli, nastawienie do życia, przekładają się także na podejście do wagi i wyglądu. Dlatego pewnie wszelkie diety cud, obiecujące natychmiastowy efekt, cieszą się taką niesłabnącą popularnością. Niejeden z nas przyjmował wyniszczające farmaceutyki, tylko po to, by zapewnić sobie efekty. Szybkie efekty.

Na drugim biegunie jest przyzwyczajenie się do fast foodów, natychmiast dostępnej wszędzie żywności. Przyzwyczailiśmy się, że kiedy jesteśmy głodni – jedzenie można znaleźć praktycznie natychmiast, niewielkim jednostkowo kosztem. Jeszcze nigdy pożywienie nie było tak łatwo, powszechnie dostępne. Co z tego, że większość produktów nie ma w swoim składzie nic, co by nas odżywiało? Tą kwestią przejmujemy się często najmniej. Ważne, że głód zaspokojony, czy to prawdziwy czy wynikający z chwilowej zachcianki na konkretny produkt. Przyzwyczailiśmy się do porcji XXL, marnotrawstwa żywności. Nie umiemy jeść sezonowo, planować zużywania się łatwo psujących się produktów. No bo jak to – cosobotnie zakupy w markecie nie wystarczą?

Utraciliśmy kontekst przyczyna > skutek. Wydaje się nam, że nadwaga to tylko skutek lenistwa i obżarstwa. Podgląd ten sypie się z wszystkich mediów, i nawet wśród tych piramid bzdur ciężko wyłuskać objawy zdrowego rozsądku. Nie wiążemy własnej nadwagi z faktem, że nie odżywiamy naszego ciała. Że chorujemy, zaburzamy własną rówowagę chemiczną latami poważnych niedoborów. I nie, nie wystarczy łyknięcie tabletki by rozwiązać problem. Fast foodowe rozwiązania to nie rozwiązania. Uwielbiam prostotę, ale tak łatwo nie ma. Powoli wychodzą na jaw skutki (dobre i negatywne) przyjmowania sztucznych witamin, makro i mikroelementów – w porównaniu do tych przyjmowanych naturalnie, w pokarmie.

Odeszłam od większości zasad „więcej i szybciej”, ale sama chciałabym schudnąć za dwa, trzy dni, a najlepiej ważyć już teraz tyle ile chcę. Nie ma tak dobrze. Wszystko ma swoje konsekwencje. Utrata kolejnych nadprogramowych centymetrów ujawniła mało przyjemną kwestię przy odchudzaniu: nadmiar skóry. Po początkowej sporej utracie, i nawet teraz lekkim spowolnieniu, moja skóra wciąż nie nadąża. Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić – chciałoby się rzec. Marzyłam o tym, by wreszcie schudnąć i to spektakularnie. Ha! Zapomniałam, czemu lekarze zalecają powolną utratę kilogramów. Jakoś te wszystkie motywujące programy o odchudzających się ludziach, niedużo miejsca poświęcały problemom które trzeba rozwiązać – i to tylko dlatego, że nasze marzenia się spełniają.

Na plus obecnego stylu odżywiania, muszę przyznać, że tak ładnej, gładkiej skóry nie miałam od czasu liceum bodajże. Jest bardziej nawilżona, gdy wcześniej cierpiałam na nadmierną suchość, a dolne rejony ciała przestał nawiedzać koszmar wielu kobiet – cellulit – mimo iż nie było żadnych specjalistycznych działań przeciwko. Tylko ta jędrność… potrzebny jest czas i ruch, by skóra nadążyła – coś, co bardzo nam przywykłym do fast foodowych rozwiązań, jest nie w smak.