Od piątku nie piłam kawy kofeinowej. Cały weekend, mimo jednej zawalonej nocki w sobotę (nieimprezowej)*, nie czułam potrzeby kawy. I żyję! Ledwo jednak weszłam do biura, przywitał mnie dźwięk ekspresu do kawy i mój zdradziecki mózg skandując „kawy! kawy!” domagał się świeżej porcji. To diabelskie urządzenie sprawiło, że niestety kiedy byłam w biurze, nałóg wrócił. Coś w psychice, w mojej upartej głowie sprawia, że ciągnie mnie do tej kawy.

Co dziwne, do innej, w innym miejscu – zupełnie nie. To się nazywa niezdrowy nałóg.

A już mi tak pięknie szło… Ale niestety, firmowy ekspres do kawy kusił równie skutecznie co wąż Ewę. Nie piłam dużych ilości, ale piłam – i to tylko w biurze. Kawę muszę ograniczyć. Z zauważalnych powodów, o których teraz rozwodzić się nie będę, mam teraz lekką motywację do omijania biurowej kuchni z dala. Jestem ciekawa efektów.

Aktualnie popijam sobie kawę parzoną bezkofeinową, 1 kubek dziennie całkowicie zaspokaja moją potrzebę smaku gdy jestem w domu. Albo i go nie ma często. Na zasadzie – jest, ale mogłoby nie być. Jakoś mnie do tego nie ciągnie. W domu całe to uzależnienie pada, nie mam najmniejszych oporów ani nie czuję potrzeby by omijać kawę z daleka. Tylko ta wredna biurowa, aach. Może skończę się powtarzać. Plan na najbliższe 5 dni: nie zbliżać się do firmowego ekspresu do kawy!

* W sobotę wieczorem zaczęłam czytać serię  ‚królowej Betsy’. Dlatego zarwałam nockę. Główna bohaterka jest tak hmm odmienna umysłowo od Einsteina, że to aż śmieszne. Trzeba jednak mieć nerwy, by pisać jej charakter przez parę książek. I nie mieć dosyć.