Moja ‚waga’ postanowiła się ustabilizować. Na poziomie trochę ponad 6 dych. Raz bywało 61/62, a za chwilę 65/66. Przy tych samych cm obwodów.  Wiem, bo ważę się na akcję na forum dieta.pl Chyba uczestniczenie w ich akcjach powoduje wzrost cyferek, ot taka złośliwość rzeczy martwych. Martwić jednak nie mam się czym, bo czuję się dobrze i jem dobrze :D. Zwłaszcza to ostatnie mnie cieszy :D gdybyście widzieli moją wczorajszą kolację…

Koniec listopada przypomina mi o początkach – rok temu dokonałam radykalnej zmiany. Niedawno nowa czytelniczka na fejsbuku przypomniała mi nieco początki, pytając o nie. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, lub nie doczytał – krótko przed zmianą na jedzenie niskowęglowodanowe zaliczyłam dietę dr Dąbrowskiej. Na wspomnienie migren, jakie mnie wtedy dręczyły, robi mi się słabo…

Jeszcze lepiej pamiętam swoją desperację i wręcz depresję. Nadwaga może być zarówno źródłem jak i objawem depresji. Oglądałam sobie wczoraj ‚fat doctor’, w mniej lub bardziej wspomniane to jest także w tym programie. Nieraz pacjenci po dużej utracie kg są jak skowronki i notują ustąpienie depresji ;) Ja na początku swojej walki miałam prawdziwy zalew euforii. Np. w książkach Atkinsa też piszą o tym zjawisku po przejściu na dietę wysokotłuszczową i wysokobiałkową. Dziwne zjawisko, nieprawdaż?  Trochę tęsknię za tymi początkowymi chwilami radości ;) Teraz naprawdę dużo musiałoby się stać, by wywołać towarzyszący dodatkowo uśmiech zadowolenia z pierwszych wreszcie spadków. Pewnie coś w rodzaju likwidacji „pociążowego” brzuszka ;D a co, czemu nie podnosić poprzeczki wysoko?

Jedno jednak trzeba jeszcze przyznać mojej diecie. Nie mam obsesji na punkcie jedzenia. Przestałam planować nie wiadomo jak, bać się zjedzenia czegoś ‚niedozwolonego’. Jedzenie zostało zepchnięte gdzieś w dół w hierarchii spraw do zajęcia się. Baardzo przyjemna odmiana do katorgii przez tyle lat.