Wiosna, tudzież lato panowało dzisiaj we Wrocławiu. Zmierzając popołudniu do biura, z ulgą schowałam się w przyjemnym, chłodnym cieniu budynku. Mimo całego mojego pracoholizmu i stresu z tym związanego, mimo niechęci do dreptania z przystanku i do przystanku miejskiej komunikacji wrocławskiej, prawdziwie przyjemnie idzie się gdy wokół słońce świeci, zimowa kurtka upchana pod ramieniem i nic nie kapie na głowę ;) Burza przeszła popołudniu, ochładzając nieco klimat… i przywracając moje myśli do tematu aktywności sportowej.

Prawie dwa miesiące sporadycznej aktywności fizycznych, czy też prób do jej powrotu, sprawiło że jestem słaba jak niemowlę. Nie popłaca chorować, o nie. Powoli staram się nadrobić zaległości, ale nie rzucając się na głęboką wodę bo zakwasy to nie jest moja ulubiona dolegliwość :D Przystanek wcześniej, parę minut z domowymi 2,5 ciężarkami, ćwiczenia na wzmocnienie mięśni przy kręgosłupie… idzie powoli, ale widać jakiś progres. Wrodzone lenistwo zdecydowanie, nie ułatwia sprawy.

Dotachanie roweru serwisu, po raz trzeci, wreście się opłaciło. Odbieram w sobotę – koła krzywe po staniu wiele miesięcy na balkonie :D Nabyłam już wcześniej nowy kask rowerowy, siodełko,wyciągnęłam rękawiczki i koszyk. Do soboty – sezon czas zacząć, w końcu to chyba jedyna aktywność która pokonuje wrodzonego lenia u mnie…