Niedługo stuknie roczek mojego nowego żywienia i nie powiem, bym żałowała. Lata nie chodziłam non stop najedzona, wcinając tyle dobroci :) tracąc centymetry, śpiąc normalnie i nie bojąc się kaszanki na buzi… A to że przede mną jeszcze trochę pracy, to jakoś mnie nie przeraża. Wcale pracą się nie wydaje… ;) Wcinam sobie skrawki smażonego bekonu (na gazie stoi garnek z zupą z dyni i czeka na jego dodanie) i zapisuję nowe przepisy. Nieco się ich uzbierało, a ostatnio oczywiście, zgodnie z niskowęglowodanowym duchem – przebojem jest kolejny sezonowy produkt, dynia. 

Jem sporo warzyw pod bardzo rozmaitą postacią, umiem gotować a jednak czasem mnie pomysły innych zaskakują. Niedawno przeczytałam przepis na sernik z dynią – to na pewno wypróbuję, gwarantowane. Ale już raczej nie przed północą w piątek :P Jutro przepis na zupę, zdjęcie też zrobię :D

Dynię też zakisiłam…  i tradycyjnie, marchewkę. Nie ma to jak pochrupać. Szukałam dzisiaj w Tesco chipsów z buraka, natchniona wpisem na jakimś forum, niestety nie znalazłam.  Może zrobię własne… ale mi się nie chce. I nie mam suszarki, musiałabym pilnować piecyka. Biorąc pod uwagę, że ostatnio niemal puściłam z dymem dom, nie jest to chyba najszczęśliwszy pomysł.

Dynia, dynia… Zaraz będzie brukselka i schyłek świeżutkich warzyw i owoców za bezcen. Wszystko było cudnie, póki panował sezon – jedzenie głównie tego, na co akurat jest urodzaj i nie przebyło pół Europy by trafić na mój talerz uznaję za jeden z kanonów niskowęglowodanowej, mało przetworzonej diety. Kiedy w menu królują sezonowe warzywa, owoce naprawdę trudno przekroczyć wielką ilość węgli. No chyba, że żywimy się skrobią np. samymi ziemniakami… Praktyka ostatnich miesięcy doskonale pokazuje, że w dodatku nie jest to droga impreza. Na pewno różnorodna :) Niestety razem ze schyłkiem sezonu na świeże warzywa za bezcen, cena powoli szybuje w kosmos…