We własnym mniemaniu, jesteśmy paskudne i najbliżej nam do trolla.

Ze wszystkich stron atakują nas photoshopowe obrazki idealnych osób – nie ważne, czy fit-idealnych czy innych cudownie-idealnych osób. Nie znam nikogo, kto chociażby raz nie zetknął się z poprawianymi zdjęciami i nie podziwiał ich w jakimś stopniu. I nie znam nikogo, kto wyglądałby na ideał z tych obrazków. Rzeczywistość jest brutalna – nie dosyć, że pozwalamy sobie wmawiać, że istnieją, to jeszcze bezkrytycznie do takich ideałów dążymy, wielbimy i uznajemy za niedościgniony wzór.  No właśnie niedościgniony.

Mam ochotę rwać włosy z głowy, kiedy kolejna fajna laska katuje się kompleksami na punkcie włosów, brzucha, rąk, za dużych/za chudych ud, piegów, krzywego nosa i miliardów innych wymówek, jakie tylko potrafią przyjść do głowy. „Za gruba” czy „parę kilo mam do zrzucenia” też do nich należy.

No więc zrzucają, i nadal nie są zadowolone. Bo ciągle coś nie gra, nawet jeśli w oczach innych wyglądają fantastycznie. Znam jedną jedyną osobę w moim otoczeniu, która jest dumna ze swojego ciała – i wyobraźcie sobie, że nie ma rozmiaru 36, nie jest fit, nie przebiegnie 5 kilometrów bez zawału serca. Nie ustawia się w kolejce na operacje plastyczne. Jest szczęśliwa, będąc taką jak jest patrząc w lustro. A że odbiega od okładek kolorowych magazynów i inspirujących zdjęć na blogach fitnessowych? A kogo to obchodzi – sąsiadkę? ;)

Rzucamy się na odchudzanie, pragnąć zbliżyć się do tego ideału, ale nasz obraz w naszych głowach często wygląda wg schematu  prawda jest taka – jestem gruba i brzydka, schudnę będę tylko brzydka. Jakby schudnięcie w magiczny sposób miało polepszyć nasze myślenie o sobie. Nie polepsza, bo problem nie tkwi w wadze, ale myśleniu o sobie jak o takim trollu, który jest gruby i brzydki i jak schudnie pozostanie już tylko brzydki…

Od wielu miesięcy mam stabilizację wagi. Krąży sobie gdzieś w okolicach 64-68. Nie mam najmniej cm w całej swojej historii. I co z tego? Podoba mi się to, co widzę w lustrze. Po co mam się nienawidzić, porównywać, dążyć do bycia chudą szkapą (jaką niegdyś na studiach byłam), wyciągać na wierzch albo wymyślać to, co mi się niepodoba? To, co mi się niepodobało – dużo centymetrów – odeszło, zostawiając kilka pamiątek. Mam przez to tracić humor i psuć go innym?

Nie traktujmy wagi jako kolejnego sposobu na mentalne samobójstwo. Bo nieważne, ile będzie wskazywała, czy może wreszcie ideał na wyświetlaczu się ogiągnie, sami siebie katujemy i jesteśmy najgorszym możliwym wrogiem.

Wpis dedykuję mojej przepięknej koleżance, w dodatku posiadaczce cudownych bioder i wąskiej talii – wiecznie na diecie, a ostatnio uczestniczce zapowiedzianej kolejnej akcji odchudzającej… Ręce opadają i smutno się robi, szczególnie kiedy widać na dłoni że problem leży w głowie, nie na wadze. Ale innym łatwo doradzać, łatwo obiektywnie podejść do osoby trzeciej,  bo to nie my – nawet najbliższa nam osoba.