Raz na jakiś czas każdy musi się zresetować. Niekiedy jesteśmy do tego zmuszeni. Zasnęłam dzisiaj po powrocie od przedświątecznego fryzjera gdzieś w okolicach pierwszej i z krótką przerwą świat mnie nie oglądał do siódmej. Głowa mnie jeszcze boli. Nie pamiętam, kiedy ostatnio bolała mnie naprawdę głowa bez przyczyny (tj. mojej winy w tym :D ), pewnie z rok temu na diecie Dąbrowskiej.. stare czasy.

Chociaż pewnie nie mogę powiedzieć, że i tu nie ma mojej winy. Ostatnie tygodnie były bardzo niesamowite. Praca po 12-13 godzin dziennie i tylko krótkie weekendowe odpoczynki niedzielami. Kiedyś musiało się to zemścić. Do tego podróż niemalże w środku nocy (jak dla mnie) do rodziny… Więc dzisiaj zamiast pomagać w przygotowaniach (chociaż niewiele zostało do zrobienia), padłam jak kaczka podczas czytania jakiegoś artykułu. Poddałam, postanowiłam się zdrzemnąć a tu taki psikus… ale udało mi się nastawić dzisiaj dwa słoiczki kwasu buraczanego ;) bo na mnie spadnie wigilijny barszczyk.

Jak zawsze, powtarza się to samo od roku, „co ja będę jadła” podczas świąt. Rodzinka jest niereformowalna. Ale oni żywią się chlebem, ciastami i jedzeniem a’la jedzeniem. I nawet zachwyt nad moją figurą dzisiaj, gdy wyskoczyłam w obcisłej sukience ich nie przekonuje. Nie zamierzam walczyć z wiatrakami, ale niektórzy od czasu do czasu mogliby postukać się w głowę i przestać robić dwie rzeczy naraz: narzekać jak to źle i jednocześnie opierać się wszelkim zmianom.