Żyję. Nie padłam w międzyczasie. Udało mi się przetrwać luty, bez ciężkich strat osobowych. To był bardzo dziwny miesiąc – odpuściłam sobie pisanie, blogi, doping. Zrobiłam parę eksperymentów żywnościowych, które wcale mi na dobre nie wyszły, zmieniłam pracę na mniej stresującą i przybrałam nieco na wadze ;)

Styczeń był bardzo stresujący. Kawałek lutego też, bo musiałam ogarnąć się w nowej pracy. Tzn. na początku nie szło mi to najlepiej :D Teraz jest znacznie, znacznie lepiej. Inna perspektywa czasowa, mniejszy zakres problemów z podwładnymi i klientami. Nowe obowiązki związane z przewodzeniem nagle takiej grupie wydawały mi się górą nie do pokonania, tymczasem strach miał wielkie oczy. Pewnie trochę wyzwań przede mną… na razie jednak powoli się odprężam i próbuję uporządkować chaos. Myślę, że całkiem nieźle mi idzie ;)

Po drodze mieliśmy tzw. Tłusty Czwartek, czyli święto miłośników wyrobów mącznych i żniwa dla producentów paskudnych wyrobów pączkopodobnych. Coraz paskudniejsze te seryjne wyroby kupowane w marketach i piekarniach. Brr. Odkryłam w sieci świetny przepis na pączusie serowe, niestety nie tylko są wysokowęglowodanowe, ale i z glutenem (co mi na piękność i zdrowie szkodzi :D ). Próby podmiany niektórych składników na bardziej strawne niestety skończyły się fiaskiem. Jednak zwykła mąka, co z żalem muszę wyznać, bywa niezastąpiona.

Po kliknięciu na obrazek, przeniesie was do przepisu – wierzcie mi, pycha :D

Paczki_na_serku_homogenizowanym