Każdy ma swoje tajemnice – rzeczy, których nie mówi nikomu i pewnie nawet z pewnych względów nigdy by nie śmiał komukolwiek powierzać. Do wyjątków nie należę, wręcz przeciwnie – jestem typowym przykładem tej reguły.

Są sprawy, któych nie poruszam z innymi niewiadomo co by się nie działo… Ostatni urlop i wrażenia z niego też do nich należą.

Urlop był znacznie wcześniej zaplanowany, bo wybrałam się na niego w towarzystwie m.in. rodzinnym. Mawiają, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach i coś w tym jest. Minął mi na szczęście już etap, w którym najchętniej niektórych członków mojej rodzinki zostawiłabym na bezludnej wyspie. Wciąż jednak niektóre ich zachowania doprowadzają mnie do białej gorączki [tu przydałaby się cudna emotka „główką w mur”].

Deklarujemy coś innego niż naprawdę robimy. Pisałam już kiedyś, że wiele rozmów z moją mamą zaczyna się od pytania o moją wagę? Nienawidzę tego :( Czy to ważne, ile ważę? Absolutnie nie! Ważne jest to, jak się czuję w swojej skórze, a nie czy mam kilogram więcej niż ostatnio odpowiadając na to dociekliwe pytanie czy może schudłam dychę.

Z jednej strony sama stara się [mama] ograniczyć swój rozmiar i wagę, a z drugiej strony non stop coś tuczącego, pomysły nieziemskie, słodycze, siedzenie do późna w nocy i inne „prozdrowotne” pomysły :) I to tylko tyle, co ja widzę teraz na urlopie. A co się dzieje, gdy mnie nie ma?

Po tym urlopie, oprócz dosyć oczywistego już wcześniejszego – że rozmowy o wadze należy ucinać i nie wdawać się w żadne dyskusje – nauczyłam się jeszcze jednego. Doceniać wprowadzoną wcześniej zasadę nie udzielania konsultacji bez pytania. Ja mam mniej nerwów i inni też.

Nie chcę, by ktoś czuł się jak na egzaminie – tak jak ja gdy odpowiadam po raz n-ty na pytania o wagę na początku naszej rozmowy. Nie chcę, by wszystkie rodzinne rozmowy były tym zdominowane, nie chcę by wszystko wokół tego się kręciło jak w kołowrotku. Na co to komu? By bardziej się denerwować. Czasem musimy nabrać dystansu do takich spraw, i nie tylko iść za własnymi zasadami nie wymądrzania się bez potrzeby, ale i patrzeć z przymrużeniem oka na efekty porad które ktoś chce usłyszeć. To, że ciocia klocia chce usłyszeć o cudownym sposobie „ale jak ty to zrobiłaś”, nie znaczy że za tym podąży i że ja zjadłam wszystkie rozumy ;) Udzielę informacji, wesprę i tyle.  Koniec – nie ma więcej, dopominania, upominania, wyrzutów, pouczania. Dajmy sobie luz. Jeśli ktoś nie chce sam się zmienić, rzadko kiedy zewnętrzne siły go zmienią.

Nie usiłujmy zmienić ludzi i świata wokół. Wystarczy, że sami się zmienimy. Czy też AŻ? ;) To będzie wystarczający sukces.

Ps. Seria z cytatami Taubesa wróci niebawem.