… oficjalnie rozpoczęta ;)

Nie spisuję już regularnie spożytych posiłków. Przy ostatnich tygodniach jednak znów najwyraźniej za mało wody piłam, a w dodatku przy przeliczeniu kalorii stwierdziłam, że przyda się ich lekkie zwiększenie. Nie należę do wyznawców dużego deficytu kalorycznego. Za mała ilość kalorii kończy się u mnie obrastaniem w nadmiar kilogramów, przekonałam się kilkakrotnie o tym na własnej skórze :( W dodatku za trzy tygodnie mam naprawdę ważne egzaminy zawodowe i nie mogę pozwolić sobie na spadek formy. Trzeba się doładować maksymalnie!

Więc teraz poprawiam własne błędy.  Znów na bieżąco sprawdzam przynajmniej przybliżoną ilość kalorii i proporcje składników. Powrót niemal do podstaw, gdy jeszcze nie znałam mniej więcej co jest w czym i ile zawiera złych i dobrych rzeczy.

Woda to też jak się okazało drobny problem. W zeszłym miesiącu kupiłam dzbanek filtrujący do wody. Prawie nie kupuję już Muszynianki do picia – powiedzmy sobie szczerze, dostać ją to jakaś masakra! Albo muszę jechać na drugi koniec miasta do carrefoura albo zamawiać kuriera z Tesco, gdzie i tak co najwyżej tygodniowy zapas mogę zamówić.  Ostatnia kampania reklamowa Muszynianki zbiegła się z coraz mniejszą dostępnością mojej ulubionej wody na sklepowych półkach. Muszyniankę pije mi się zdecydowanie lepiej niż przefiltrowaną wodę – to jednak nie ten smak. Stwierdziłam, że się poświęcę i przytaszczę do domu większy zapas, jaki tylko uda się namierzyć by nadrobić braki życiodajnego hadwao.

Tak, jak widać ja też słabości mam i popełniam niejeden błąd.