Czy jadam coś wysoko węglowodanowego? Oczywiście. Czy jakoś przekłada się to na mój wygląd/zdrowie/wagę?

Z tego co obserwuję, zdecydowanie.

Po roku od zmiany odżywiania, mogę powiedzieć jedno. Pewne „grzeszki” czy jak tam nazywać odstępstwa od trzymania się podstawowych zasad, mają dosyć ciekawe skutki.

Osobiście dzielę te sytuacje na dwie przyczyny: jedzenie normalnych produktów zawierających węglowodany, zarówno mało jak i bardzo przetworzonych, oraz jedzenie z kategorii „nie zbliżać się, problemy gwarantowane”.

Jedzenie produktów wysokowęglowodanowych ma dwojaki skutek: albo niewielkie wahania wody albo totalna masakra. Co mi to mówi? Na pewno gospodarka hormonalna czy zachowania insuliny coś mieszają w moim ciele. Gdzieś tam nadal chyba istnieje pierwotna przyczyna tej nierównowagi, której objawy są maskowane dietą niskowęglowodanową. Jakby coś leczyło objawy w mojej diecie – a gdy się jej nie trzymam, co często się nie zdarza  powraca ze zdwojoną siłą. Po kilku przypadkach nagłego wzrostu obwodów po odstępstwach, wiem że to nie przelewki. Zdrowe ciało nie miałoby najmniejszego problemu z faktem, że może być różna podaż makroskładników. Nie mam złudzeń, że znam odpowiedź na wszystkie pytania i wątpliwości, ogół obserwacji mówi mi natomiast jedno: moje ciało nie toleruje węglowodanów pochodzących ze zbóż, i produktów zbożowych i wysokowęglowodanowych i przetworzonych rzeczy. Nie mam zwyżek po spożyciu bananów, czy placków amarantusowych; ale jeśli zjem bułkę, napiję się piwa, albo zjem jakieś półgotowe danie – widzę sporo zmian u siebie. Negatywnych. Moje ciało doskonale odróżnia te dwie grupy produktów. Zatem przyczyna tkwi gdzieś pośrodku; i bynajmniej nie w stopniu skomplikowania produktów ale wpływie ich na moje hormony.

Chyba jednak czas przyspieszyć wizytę kontrolną. Dosyć długi czas cieszyłam się faktem, że już nie muszę wydeptywać drogi do gabinetów endokrynologów „specjalizujących” się w przepisywaniu sztucznych hormonów… Od półtora roku obywam się bez nich i to było cudowne uczucie. Czas znaleźć przyczynę, nie objaw problemów. Wątpię, by standardowe podejście polskich lekarzy wyszło mi na dobre, ale idę głównie dla badań ;)