Nastał koszmar każdej księgowej – początek nowego roku podatkowego :D Dla niewtajemniczonych, to moment gdy zwykłej pracy jest dwa razy więcej pracy niż zwykle, klienci dorabiają pięć razy tyle przez swoje cudowne pomysły i pytania (często uzasadnione niestety). W połowie dnia niekiedy nie wiem, jak się nazywam… ;) Uroki mojej branży.

Nie pisałam specjalnie życzeń z okazji kolejnego Sylwestra na karku. Kobiety nie lubią gdy ktoś przypomina im o ich wieku. Więc wam oszczędzę.

Zamiast postanowień noworocznych stwierdziłam, że coś ostatnio na blogu ucichło w kwestii moich celów i tego, co stanowi dla mnie problem albo wyzwanie.

Kawa. Tu na pewno mamy mój grzech główny. Ogromnie ciężko mi uwolnić się od nałogu. Idzie mi beznadziejnie, mimo w miarę sensownego początku. Nie umiem rzucić nałogu, chociaż zapewne odpowiednio zmotywowana może by mi się udało. Gdybym trzymała się z dala od biurowego ekspresu

Hormony. Nigdy super nie było, chociaż zmiana odżywiania rok temu rozwiązała nagle większość istniejących problemów i objawy prawie że ustąpiły czyniąc życie całkiem przyjemnie znośnym ;) Miesiąc temu coś się nieco popsuło, prawdopodobnie za sprawą lekkich prób wspomożenia wątroby przez kurację ostropestem. Na razie jest spokój, ale cóż – ostropest mi się skończył. Coś tam się działo, muszę ustalić co.

Utrzymanie kształtów. Noszenie znów rozmiaru 38/36 przypadło mi do gustu, nie mam ochoty się z nim rozstawać. Nie przewiduję najmniejszych problemów, od miesięcy go mam i tylko kropka nad i to poprawienie tych resztek które potrzebują czasu. Kto by pomyślał przed odchudzaniem jakim problemem może być np. rozciągnięta skóra?

Celowo napisałam kształtów, bo moja waga waha się ostatnio dosyć gwałtownie i w ogóle nie odzwierciedla centymetrów. Wahanie wagi w ostatnich 2 miesiącach wiążę zdecydowanie z punktem drugim. Na razie nie robiłam żadnych badań, a ważyłam się ostatnio w Sylwka na zakończenie akcji na dieta.pl, w której uczestniczyłam. Waga odstawiona w kąt, mierzę się tylko centymetrem krawieckim mniej więcej raz na tydzień kontrolnie.

I inne sprawy zdrowotne. No cóż, historia z ostropestem dała mi do myślenia. Być może nałożyło się to czasowo z czymś innym, dla celów doświadczalnych zamierzam kurację powtórzyć. Ale może nie w tym tygodniu, tylko w jakimś spokojniejszym okresie gdzie z powodu pracy nie będę rwała sobie włosów z głowy. Na tym tle problem ze śladami na ciele po czasach rozmiarów XL i XXL wydaje się banalny. Problemy z hormonami mnie martwią, bo nie mam fajnej historii w tym temacie i nieraz trafiałam niestety na lekarzy z podejściem „wypisać receptę i spławić”. Nawet kobieca próżność nie chce ustąpić wobec paru lat męczarni z problemem. Zwłaszcza, że to była oryginalna przyczyna w połączeniu z wiarą w zasady „zdrowego beztłuszczowego odżywiania” mojego eks rozmiaru wielorybka.

Jak widać, nie daję sobie wielu ambitnych celów, no wyłączając temat uzależnienia od kawki :D Czuję się szczęśliwa i nie potrzebuję robić list „do zrobienia”, bo coś mi nie pasuje we mnie czy moim ciele. Patrzę w lustro, nie widzę jakoś fałdek po utracie kilogramów (tak, są jeszcze :D) ale tą nieprawdopodobną drogę jaką przebyłam przez ten ponad rok po zmianie.  Nadal uśmiecham się lekko na zewnątrz i śmieję jak wariat w środku, gdy ktoś wspomina o zmianie, jaka we mnie zaszła. Nie rozpaczam nad talerzem i nie chcę nigdy więcej czuć się ogranicza i wymęczona tym, co dla mnie dobre i na co mam ochotę w danej chwili (lub mam w lodówce). Patrzę rok wstecz i widzę na blogu, jak mało miejsca poświęciłam całej tej psychicznej, umysłowej zmianie jaka we mnie zaszła. Bo przecież łatwiej narzekać albo szerzyć zasady jedynej słusznej diety ;)

Chyba wychodzi na to, że jednak mam jeszcze jedno wyzwanie. Nie wrócić do tego, co było dawniej – katorgi i walki z własnym ciałem, z sobą. Pamiętać o tym wewnętrznym uśmiechu.