Serio. W moim przypadku każdorazowe użycie anty kończy się problemami jelitowymi, bez względu na użycie różnych wspomagaczy mających chociaż trochę ochronić jelita. Przez dosyć długie, niezbyt inteligentne podążanie ślepo za radami lekarza, swego czasu długo brałam tabletki antykoncepcyjne i wiele miesięcy spędziłam też na antybiotykach mających poprawić stan cery. Może coś poprawiły, ale zasadniczo rozłożyły inny wyjątkowo ważny element. Teraz za każdą kolejną kuracją antybiotykową, jeśli już się na nią zdecyduję, mam ten sam problem – chociaż jedno jest zaleczone, wychodzi inny problem.

Jelita – na przekór powszechnej „wiedzy” o ich funkcjach – to jedno z takich części ludzkiego ciała, którego funkcjonowanie wpływa na większość innych organów i systemów, a w szczególności na odporność człowieka oraz na wchłanianie różnych składników. W jelitach wręcz produkujemy niektóre z nich, np. witaminę K. Problemy z jelitami mogą spowodować nasilenie innych dolegliwości powiązanych z układem odpornościowym, np. atopowe zapalenie skóry. Od czasu feralnej wielomiesięcznej kuracji, branie antybiotyku równa się zaczerwienionej skórze :( i kilku innych objawom, które oznaczają jedno: coś się zepsuło. Mam niemal pewne pogorszenie wyglądu przez jakiś czas.

Nigdy bym się nie spodziewała takich negatywnych skutków przestrzegania zaleceń dermatologa. Ostatnio brałam antybiotyk w styczniu, wprawdzie tylko przez kilka dni bo tyle było w zaleconej dawce, ale swoje dostałam. Co gorsza, anty są sprzedawane niczym cukierki, bez problemu od większości lekarzy dostaniemy antybiotyk na coś, na co on w ogóle nie pomaga. Pewnie za kilkadziesiąt lat albo może i wcześniej doczekamy się takich patalogii, że nic nam już nie pomoże.