Nie zawsze kochałam nabiał. Jako dziecko nienawidziłam mleka, serów, itp. produktów wciskanych mi przez dbających o mnie rodziców. Ser smakował mi w zasadzie tylko w serniku… Dorosłam i jak to bywa, zmieniły się preferencje żywieniowe i smakowe. Ostatnie miesiące rewolucji na diecie niskowęglowodanowej przyniosły rewizję tego, co może przynieść spożywanie nabiału – także tego o niskiej zawartości węglowodanów. 

Laktoza w mleku jest problemem, to wiedziałam na długo przed dietą. Że nie jest optymalnym źródłem wapnia, białka, itp – a np. taki żółty ser jest znacznie lepszy i że mleko uczula. Trzeba przyznać, że moja wiedza nie była ani imponująca ani nie wykraczała poza utarte stereotypy. Teraz jest niewiele lepiej ;) to niewiele sprowadza się do sięgnięcia po rozwiązanie zagadki – dlaczego część nabiału mimo niskiej podaży węglowodanów nadal powoduje problem z insuliną? Podobno udowodniono w jednym z badań, że nabiał może powodować nagły wzrost insuliny – wyższy nawet niż biały chleb. Profil aminokwasowy (leucyna, lizyna, walina i izoleucyna) wywołuje reakcję insulinową. Inne badania wykazały podobno silną korelację miedzy wysokim spożyciem nabiału a cukrzycą drugiego stopnia. Korelacja to niekoniecznie przyczyna > skutek. Jednakże po lekturze tego rodzaju zaczęłam się na serio zastanawiać nad rolą nabiału w moim menu. Na przeciwwadze stały np. doniesienia że nabiał może poprawić siłę oraz nie powoduje skoków insuliny przy prawidłowej gospodarce węglowodanowej (do takich szczęśliwców się nie zaliczam…). Do tego jeszcze różne mieszane sprawy na temat masła, kefiru, maślanki i śmietanek.

Przyznaję, po czymś takim mam dylemat. Z jednej strony np. serki wiejskie czy twaróg wydawały się w miarę bezpieczna przekąską i nawet doskonaliłam się w przyrządzaniu niskowęglowodanowych serników i deserów z udziałem sera. Mleko uwielbiam w kawie, trochę go jest – ale bez trudu mogę przenieść się na śmietankę do kawy. To nawet lepiej, bo ma więcej tłuszczu.

Masło nie występowało w tych doniesieniach jako wróg publiczny ;)  śmietanka również, jak sfermentowane – kefir/maślanka. Ale w innych zaleceniach dietetycznych, np. przy Atkinsie śmietanka jest dozwolona ale najlepiej w małych ilościach na jedną porcję i twórca tej diety ma niejeden argument za tym by uważać z nadmiarem śmietanki.

Wszystko to jest irytująco – nużące. Nie jestem naukowcem, ale prawdopodobieństwo negatywnych skutków spożywania nabiału do mnie przemawia, szczególnie że w rodzinie mam alergika nie znoszącego przetworów mlecznych. Nie jestem w stanie zweryfikować prawdziwości tych doniesień inaczej niż wyprowując dietę eliminacyjną nabiał.  A zainteresowałam się głębiej tematem, bo pozostały mi resztki problemów ze skórą, które nie chcą zniknąć (atopowa skóra, nadmierne rogowacenie) – jednym z zaleceń jest wyeliminowanie nabiału z diety i kilku innych produktów. Bez kefiru czy mleka wytrzymam, ale co będzie bez ulubionych deserów i śmietanki 30%? Przekonam się za miesiąc.

Po czasie… nabiał ograniczyłam, ale nie wyeliminowałam. Ale przyjdzie mi jednak go wyeliminować – http://schudne.net/o-nabiale-raz-jeszcze-atopowe-zapalenie-skory-i-produkty-mleczne/