Na blogach można zobaczyć dwa rodzaje zdjęć metamorfoz: autorskich, tj. takich które prezentują zmiany w ciałach prowadzących blogi oraz ściągniętych z sieci, tzw. motywacyjnych. Ja u siebie celowo nie pokazywałam żadnego z powyższych typów.

Powodów jest wiele, od braku fajnego zdjęcia z czasów bycia pączkiem po niechęć prezentowania siebie w takim stanie czy pokazywania twarzy. Albo co gorsza gdyby ktoś mnie rozpoznał ;) Fajnie się pisze bloga, gdy nikt nam do „garnków” ani „za spodnie” nie zagląda. To jest przyjemne i miłe ;)

Już nawet nie pamiętam, jaki chochlik mnie natknął, próbowałam dzisiaj z pomocą wujka gugla znaleźć zdjęcia do diety niskowęglowodanowej i poległam. Metamorfoz jest jak na lekarstwo. Za to jakie zdjęcia są np. dla diety kopenhaskiej? Albo większości innych popularnych cudów? Mocno tematyczne, w tym sporo wyglądających na zdjęcia normalnych osób. Może czas najwyższy zgromadzić własną kolekcję ;) Zdjęcia zaczęłam robić dopiero gdzieś w połowie drogi.

Przyznam, że unikałam jak ognia fotografowania w stanie pączka. Dlatego nie mam wcale dużo zdjęć z tego czasu, a już takich prezentujących sylwetkę – jak na lekarstwo. Zobaczymy, co znajdę w czeluściach moich dysków ;) Może nawet założę galerię ;)

Niechęć do własnego ciała przy takich obwodach, to wcale nie żarty. Pod pozorem takiego błahego tematu – kryje się prawdziwa tragedia, w postrzeganiu własnej osoby i odbiorze przez innych. Nie wiem, co jest gorsze, gdy prawie całe dorosłe życie należało się do tych drobniejszych a nie szerszych i nagle znalazło się koło półki z rozmiarami 42 i 44 czy może całe życie walczyć z otyłością… oba stany są paskudne. Nie chciałabym nigdy przeżyć „powtórki z rozrywki”. Chociaż wciąż mi daleko do szczupaka, nie przypominam już pączka. Sama ta świadomość dała i daje nadal ogromny komfort psychiczny. Jestem tylko człowiekiem. Lubię myśleć dobrze o swoim wyglądzie, że nie muszę go niczym maskować a potem rozpaczać jaka ze mnie klucha. Nie, nie myślałam o sobie jak o klusce.  Ale inne określenia, podżegane przez coraz większą desperację, przychodziły mi do głowy. Nie czułam się dobrze we własnym ciele.

Oglądałam ostatnio jakiś filmik na youtubie o ekstremalnie otyłych walczących z nadwagą. Zapadło mi w pamięć, co mówiła jedna z bohaterek. Że jej umysł, wizja siebie, nie pasują do tego ciała, które ma. Że w jej umyśle jest takiego rozmiaru jak jej rozmówczyni (myślę,że była ok. 38). A co ma zrobić osoba, która widzi siebie taką jaką jest, próbuje to zmienić i sfrustrowana ponosi porażkę? Poprzednie lata, zanim zaczęłam eliminować węglowodany, i wreszcie notować spadki obwodów, to był taki obraz. Nie dziwię się ani trochę frustracji osób otyłych, sama jej doznałam. Ostracyzm otoczenia też nie pomaga, w najlepszym wypadku otoczenie traktuje cię jak powietrze. Ocenia po wyglądzie. Myśli sobie „looser” ;) nie wiem, czy jest jedno słowo po polsku oddające wredotę tego określenia wobec osób nieskutecznie próbujących zrzucić nadmiar ciała. Może dobrze, że nie ma. Nie chcę go słyszeć. Nigdy więcej.

Ta pierwsza euforia, gdy zaczęłam notować sukcesy… tego czasu nigdy nie zapomnę. Sukces był mi potrzebny niczym rybie woda. Powoli, krok po kroku notowałam mniejsze centymetry, przestoje, znów utratę… potem urlop z odrobiną szaleństwa, i znów dalszy spadek. Zastanawiam się czasem, czy kiedykolwiek będę w stanie jeść ‚normalnie’ jak inni wokół bez konsekwencji dla swojego wyglądu i ciągle mam wrażenie, że odpowiedź brzmi „nie”. Nie to, żebym chciała wcinać jedzenie ze słoików i masę gotowych dań, mających z jedzeniem tyle wspólnego, co tablica Mendelejewa. Wiem już doskonale, co z tej listy paskudnie mi szkodzi… i za większością nie tęsknię. Czasem tylko muffiny czekoladowe mrugają do mnie „zjedz mnie” i każą na sekundę zapomnieć, jak źle kiedyś było. Wmawiając mi, że jedno ciacho nie zrobi ze mnie znów pączka. Ale nie da się zapomnieć tamtej depresji, desperacji. Nawet moje ciało nie daje mi zapomnieć – dzisiaj znów walczę z negatywnymi aspektami odchudzonej ja, które najchętniej powierzyłabym pewnemu doktorkowi z Extreme Weight Loss.