Różne ciekawe wnioski nasuwają się z mojej tabelkowej historii liczenia proporcji składników.

W teorii powinno być tak: mało węgli = więcej tłuszczu lub/i białka.  Skądś przecież musimy czerpać składniki odżywcze. Skoro w teorii te trzy składają się na 100%, zmniejszenie jednego będzie skutkowało zwiększeniem udziału innego lub dwóch pozostałych.

Czy tak jest w rzeczywistości? Na pewno nie.  Nie ma równo 100%  rozbijane bezpośrednio na te trzy główne składniki. Chociaż proporcje makro liczę sobie do 100%, to jak spojrzę w tabelkę gdzie mam rozkład również kaloryczny, nie współgra to ze sobą zupełnie. Np. węgle stanowią 20% danych makro składników, ale energia z nich nie przekłada się na 20%,  licząc oczywiście wg zasady ile kalorii przypada na 1 gram węgli, 1 gram tłuszczy, etc.

Wynika to przede wszystkim z faktu, że niektóre produkty prócz kalorii oczywiście mają różny skład makro, w części nie ma w ogóle niektórych składników, albo występują w bardzo różnej proporcji… i tak suma sumarum lekko się to rozjeżdża.

W każdym bądź razie kalorycznością przejmuję się teraz najmniej (prócz założonego progu poniżej którego nie zejdę), za to staram się by  jedzenie było jak najbardziej zróżnicowane, smaczne i przede wszystkim z jak najwyższą zawartością białka i tłuszczy.

Pisałam już wcześniej, że tycie od niejedzenia może brzmieć jak herezja – u mnie jednak jest to zasada.  Myślę, że dużo tu namieszały lata nieskutecznego odchudzania :( połączone z wieloletnimi problemami hormonalnymi, dało to efekt wyjątkowo nieprzyjemny dla mnie – im więcej i bardziej rygorystycznie się odchudzałam, tym szybciej mój organizm gromadził tkankę tłuszczową. Przy takich restrykcjach kalorycznych, zawzięcie broniło każdego grama narastającej tkanki tłuszczowej i nie chciało uszczknąć ani kawałeczka. Nic dziwnego, że głównym „sukcesem” mojego odchudzania było nieprzybieranie na wadze w najlepszym wypadku. Mechanizm całkiem nieźle opisał Taubes. Notabene, muszę w końcu zacząć wrzucać obiecane fragmenty jego książki… Jest trochę też badań bardziej współczesnych niż przytoczonych w jego książce, nad kalorycznością diet – w takim sensie, iż efekt odchudzający nie występuje poniżej pewnych widełek, i to znacznie wyższych niż zaleca współczesna oficjalna dietetyka.  Chyba też w końcu zacznę je tu linkować, czy zrobię dział im poświęcony, bo tego nie przechowuję i potem nie mogę znaleźć :D

Tak więc jak widać, jestem teraz uczulona na punkcie „nie jedz za mało”, bo przyniosło mi to tragiczne wręcz skutki. Na początku mojej przygody z niskowęglowodanową dietą, pierwszy tydzień był ciężki – non stop byłam głodna (chętka na słodycze i inne węglowodanowe jedzenie) i wcinałam wszystko jak odkurzacz :) dzienna kaloryczność opiewała gdzieś minimum na 4,5 – 5 tys. kalorii a mimo to przez pierwsze dwa tygodnie ubyło mi 3 kilo i spadło sporo centymetrów…

Z jednej strony z pewnością odpowiadało za to obniżenie poziomu glukozy i insuliny we krwi, z drugiej strony wreszcie – dostarczenie składników odżywczych, budulca dla organizmu. Z wielką werwą zabrało się za łatanie ubytków, nieprawidłowości, wreszcie mając do dyspozycji odpowiedni materiał i odpowiednią ilość energii. Analizuję sobie dalej swoje ostatnie tabelki, oprócz naturalnego już teraz niskiego poziomu węglowodanów muszę skupić się zdecydowanie na jak najwyższym składzie pozostałych elementów. O ile z tłuszczem nie jest to problem, to już z zawartością jak najlepiej przyswajalnego białka jest gorzej.  Najlepiej oczywiście wychodzi jedzenie jajek, ale na litość boską, nieco to potrafi się człowiekowi znudzić… lubię różnorodność, więc to jest raczej problem. Wbrew pozorom, nie licząc ryb, mięs i jajek nie ma aż tak dużo naturalnych produktów z wysoką zawartością pełnowartościowego i niepowodującego problemów hormonalnych białka. Wegetarianie podniosą może larum, ale dla osób z pcos czy problemami z prolaktyną czy insuliną, np. soja i większość strączkowych nie są wskazane. Szczególnie produkty sojowe, są wytwarzane przez soję modyfikowaną genetycznie. Dla niedowiarków mogę odesłać do opisu pewnego eksperymentu w USA, gdzie więźniów karmi się produktami sojopochodnymi. Efekty są porażające…

Najbardziej typowym przykładem nieprawidłowości mało węgli=dużo tłuszczu/białka są owoce i warzywa. Pigwa taka dla przykładu – ok 10% jej masy to węglowodany, ale tłuszcze i białka – gdzieś w granicy 1%. Nie mam zamiaru dyskredytować tu owoców, tylko uświadomić że mity pozostaną mitami. Dbanie o niski poziom węglowodanów nie oznacza automatycznie wysokiego spożycia białka i tłuszczy. Oznacza tylko dbanie o niski poziom węglowodanów… tak. Można się żywić tak, że będziemy jedli mało węgli i nie za dużo białka albo tłuszczu. Wszystko zależy od naszego wyboru żywności. Prym w takiej nierównowadze ma odżywianie oparte w głównej mierze na warzywach i owocach – niskoskrobiowych.

Dlatego sama skupiłam się ostatnio, po moim krótkim powrocie do liczenia, na takim doborze jedzenia, by zawierało przede wszystkim większe ilości białka i tłuszczy. To główna zaleta – chociaż na pewno niskowęglowodanowa dieta nie oznacza ich dużego spożycia, to na pewno drastycznie to ułatwia.

Mija już 11 miesięcy od mojego pożegnania z dużą ilością węglowodanów i co mogę powiedzieć… Pod koniec listopada stuknie roczek. Będzie co podsumowywać, wzloty, upadki, sukcesy :) Pochwalę się jedynie małą zajawką – przed weekendem ubrałam zimową kurtkę sprzed wielu sezonów w rozmiarze 34-36. Trochę przyciasna jeszcze, wiadomo, zwłaszcza w dolnych partiach :) ale w tym sezonie, zapewne koło Bożego Narodzenia powinna być w sam raz.

Incoming search terms:

  • mało wegli duzo tłuszczy