Nie odkryję Ameryki, twierdząc że człowiek z natury jest leniwcem.  Każdy większy wysiłek, fizyczny i umysłowy, okupiony jest potrzebą odpoczynku.

Dzisiaj tak mam właśnie. Po długim, intensywnym tygodniu, spędzam ranek i południe sobotnie na kanapie. Na kolanach laptop, ale nie przeglądałam internetu, tylko ostro nadrabiałam zaległości w pracy. Trochę optymalizacji, konfiguracja w googlowskich narzędziach dla nowej strony, napisałam nieco lania wody (artykuły na sprzedaż), sprawdziłam bl jak co tydzień, zabrałam się za zlecenie branżowych tekstów dot. NFZ… Wysiłek fizyczny zostawiam na popołudnie. Nie chcę z obłędem w oczach jak większość rodaków przemierzać sklepowych alejek. Moja lista zakupów nie będzie zmieciona przez poranny tłum. Popołudniami jest luźniej.

Przed wyrzuceniem z jadłospisu większości węglowodanów, sobota była dla mnie upragnionym snem. Po całym tygodniu pracy nie miałam siły ani chęci na nic, i często bolała mnie głowa. Pod koniec niedzieli dopiero czułam, iż moje rezerwy powoli się odnawiają, ale za chwilę był poniedziałek i tak od początku… Teraz mam energię, nie cierpię na migreny i weekendy wyglądają zupełnie inaczej.

Posiłki dzisiaj:

- woda, woda, woda… nic nowego, dużo piję

- jajka z podgardlem i papryką

- serek 2 x 200g

- papryka grilowana i pieczona ryba z limonką

- trochę bitej śmietany bez cukru