Weekend teoretycznie pod znakiem laby. Gotuję jednak zapasy na przyszły tydzień w postaci bigosu (sąsiedzi zapewne przeklinają zapachy ;) ale raz na jakiś czas można), zrobiłam sporo porządków, zapasy zakupowe i jeszcze idę na kolejne. W tygodniu nie mam praktycznie czasu, chyba że bym robiła zakupy w okolicach 21 i wracała po 22. Wydaje się, że wreszcie luźniejszy weekend którego nie mogłam się doczekać… a prace domowe zabierają ogrom czasu. Nie wiem kto i jak to liczył, co chwila gdzieś w sieci pokazują ile jest warta praca gospodyń domowych. Panów pewnie wyłączyli z tej statystyki, a oni też nie leżą tylko i pachną. Każdy ma różne obowiązki domowe, obciążenie nimi między płciami to już kwestia wtórna. Pracy zawsze jest sporo. Nawet gdy się sprząta na bieżąco, nawet gdy gotuje się ulubione pyszne jedzonko – to trzeba przygotować, ugotować, posprzątać. Ech ;)

Ja jednak jakoś super sprzątaczką w tygodniu nie bywam. Nienawidzę niektórych czynności domowych, a do niektórych to wprost straciłam upodobanie. I tak mi rośnie sterta obowiązków w ciągu tygodnia, plus gruntowniejsze sprzątanie i mam zajęte pół weekendu. Po czym czuję się tak, jakbym ciężko fizycznie pracowała nie wiadomo ile godzin.

I tak od lat, bo poza rodzinnym gniazdem mieszkam praktycznie od czasu liceum.

Gdy będę milionerką, będę miała gosposię. I stertę urządzeń ułatwiających jej prace ;) Na bank.