Leniwe weekendowe dni to moje wielomiesięczne marzenia. Pozbyłam się ostatnio wielu obciążeń i w weekendy naprawdę mogę sobie pozwolić na  odrobinę wytchnienia. I pisania kolejnego posta.

Dzisiaj:

- woda, kawa bezkofeinowa x2 i jedna kofeinowa

- ok. 80 g borówek

- omlet z dwóch i pół jajka z łyżeczką mąki

- wielka sałatka z sałaty, tuńczyka, połówki awokado i sosu sezamowo-majonezowego (na kilka porcji)

- mała pomarańcza

Dzień naturalnie się nie skończył i lodówce czeka już doprawiony ziołami pstrąg ;) To zadziwiające, ale tak z perspektywy czasu dopiero na niskowęglowodanowej diecie nauczyłam się zwracać uwagę na składniki odżywcze, które dostarczam lub nie dostarczam z jedzeniem. Rożnego rodzaju opcje niskowęglowodanowe (optymalna, kwaśniewskiego, atkinsa), kładą dosyć wysoki nacisk na jakość pożywienia i unikanie przetworzonej, gotowej żywności. Samopoczucie niesamowicie poprawiło mi się od czasu zmiany diety.

Dzisiaj – jak widać po powyższym jadłospisie, ilość węglowodanów nie jest już mocno restrykcyjna, moje początki przypominały trochę I fazę Atkinsa z przerwami (nie potrafiłam się całkowicie przestawić). Teraz mam problem bardziej z faktem że to, co niegdyś było smakołykiem – już nim nie jest. Kubki smakowe odzwyczaiły się od nadmiaru soli i słodyczy. Znacznie więcej uwagi zwracam na smak. Jedzenie ma być po prostu smaczne i jak coś mi się znudzi, to na dłuższy czas wylatuje z jadłospisu. Wierzyć mi się nie chce, jak bardzo kiedyś smakowały mi sztuczne sosy, chińskie zupki i produkty z rodzaju”Słodka chwila”…