To zazwyczaj nie jest to niedziela. Ani inny wolny czas.

Byłam wielorybkiem, teraz bardziej delfinka przypominam. Nadal jest mnie za dużo, ale widać już cel na horyzoncie ;) Wreszcie większy spadek zauważam w dolnych obszarach. Dotychczas ogromny spadek dotyczył głównie góry i okolic talii. To już ponad 20 cm. Jak sobie przypomnę, ech… nie rozpoznaję się na zdjęciach z zeszłej jesieni. To była tragedia.

Rozbawiłam się ostatnio podczas rozmowy z nową koleżanką z pracy, która zna już nową lepszą wersję mojego wyglądu, nie wierzyła mi iż jeszcze 8 miesięcy temu przypominałam parówkę na dwóch nogach. Tak sobie pomyślałam, że warto byłoby odświeżyć trochę zdjęć ze smutnych czasów w celach motywacyjnych. Zamieszczać ich tu nie zamierzam, zresztą na blogu to nawet zdjęć kulinariów nie wstawiam, więc nie widzę powodu by wstawiać obrazki z którymi się szczęśliwie pożegnałam.

Jak wiele innych osób, mam bardzo „stacjonarne” zajęcie. Parę miesięcy temu – będąc na standardowej odchudzającej diecie – sporo ćwiczyłam. Czy też katowałam się, bardziej to określenie pasuje do tamtego stanu.  Jednym z efektów ubocznych działania mniej jeść+ćwiczyć był  kompletny brak energii na cokolwiek. Przychodził weekend i z ogromną niechęcią myślałam o jakiejkolwiek aktywności. Zakupy i generalne porządki sobotnie wyczerpywały mnie drastycznie. Masakra. Wczoraj oczywiście było na odwrót, od rana miałam rajd po mieście włącznie z zakupem znów mniejszej garderoby, w której po wczorajszym praniu i dzisiejszym prasowaniu przywitam dwie pary spodenek w rozmiarze 38 i czarną koszulkę z obłędnym dekoltem ;)

Nadal jestem głównie leniem ;) chyba każdy człowiek jest. Ale ruszenie się z fotela już mnie nie przeraża, nieraz z prawdziwą przyjemnością planuję sobie jakąś aktywność, np. wycieczki rowerowe. Cóż, serwisu mój rower jeszcze nie odwiedził :D po ostatnim poście, ale jeszcze jeździ biedaczysko.

Szykuję się powoli do urlopu. Zaplanowałam mało przyjemne rzeczy jak generalne porządki, załatwianie spraw urzędowych – ale także mały maraton dbania o siebie. Ha! Kiedyś trzeba nadrobić braki dnia codziennego…