To jest fajny temat. Naprawdę.

Jednym z wielu objawów moich jeszcze nie do końca zrzuconych nadmiernych kilogramów, będących również pochodną faktu iż mam niewiele centymetrów wzrostu, było to, że tkanka tłuszczowa na tych dostępnych obwodach szybciej była widoczna i gromadziła się nieraz w zdumiewających miejscach. Przy niski wzroście każdy dodatkowy centymetr musiał się zmieścić na mniejszej powierzchni więc przybywało mnie w różnych miejscach i to szybko…

Ostatni miesiąc, półtora przyniósł zmianę w tych dziwnych miejscach. Otyłość kojarzy się nam z dużym brzuchem, szerokim udami, dużą pupą i skórką pomarańczową. Czasem kojarzy się nam z podwójnym podbródkiem gdy ofiara jest bardzo otyła. Ja do wyjątków nie należałam. Stąd wstrząsnęło mną nieźle, że buty sprzed roku są za wąskie w stopie i nie mogę dostać zimowych kozaków by dały się wcisnąć na łydkę.  Innym mało przyjemnym objawem były rozstępy… tuż nad kolanami, po wewnętrznej stronie. Tkanka tłuszczowa w pewnym momencie zaczęła mocno się tam gromadzić, i skóra nie nadążyła – zostaną mi ślady do końca życia (!). Nie sposób nie wspomnieć o tym, że rękawy koszul i bluzek stawały się coraz bardziej opięte, aż nie mogłam ich założyć. Wszystkie te widoczne objawy, jak dotkliwy staje się nadmiar kilogramów, przyprawiały mnie niejednokrotnie o głęboką frustrację i złość na samą siebie. Traktowałam je jako karę za moje niepowodzenia w odchudzaniu.

Rodzina twierdzi, że mocno na buzi zeszczuplałam. Ja widzę różnicę na zdjęciach, nie przed lustrem ;)  Ale inne dziwne miejsca, gdzie nie spodziewamy się konsekwencji otyłości, też się zaczęły zmieniać. Najszybciej poszły łydki, o czym zresztą pisałam wcześniej iż nawet kupiłam buty zimowe pod kolana – coś nie do pomyślenia zeszłej jesieni. Trochę żałuję, że nie mierzyłam wtedy ich obwodów by śledzić progres i móc z dumą się tu pochwalić ;P

Najwięcej widzę po ubraniach i starych koszulach (tak, nadal wiszą w szafie i czekają, aż nowy sposób odżywiania doprowadzi organizm do równowagi). Byłam przeszczęśliwa, mogąc wejść w jedną z ulubionych. Rękawy były luźne, yuppi ;) jeszcze tylko obwód bioder i brzuszka nieco przeszkadza, ale to drobiazg gdy widzi się takie efekty na własne oczy – a nie powtarzane przez kogoś, w które w dodatku do końca i tak nie wierzę.

To jeden z najlepszych motywatorów, zobaczyć jak ciało wraca do formy. Poczuć to. Buzia mi się szczerzy z radości ;) Już większość ubrań mam w rozmiarze 38 a 40 są luźne lub zwisają ;) Waga jako taka może być myląca (nadal jest spadek kg), największe zmiany widać właśnie w centymetrach, jakości skóry (większość problemów odeszła w siną dal), poprawie siły i wytrzymałości. W listopadzie przebiegnięcie przez skrzyżowanie powodowało stan przedzawałowy. Teraz sama z własnej chęci biegam sobie od czasu do czasu wieczorem, i mam na to energię i nie padam po 100 metrach. Mam ochotę na ruch! Sama z siebie. To jest niesamowite. Wprawdzie czytałam na Nowej Debacie o podobnym zjawisku, ale kto by się spodziewał u kanapowego leniwca takich zmian…

Sama zawartość tłuszczu i wody w organizmie się polepszyła, ale nawet waga nie musi mi o tym mówić – widzę to i czuję, moje ciało mi mówi że jest w lepszej formie. Odczuwalne efekty są najlepszą motywacją.