Nawet na diecie niskoweglowodanowej może człowieka dopaść głód.

Na początku kojarzy się on zazwyczaj z odstawieniem węgli, nie zapomnę długo tej traumy pierwszego tygodnia :D Teraz to bardziej skutek zabiegania, braku czasu i braku sensownych produktów do kupienia w wielu sklepach. O ile jeszcze w typowym dyskoncie znajdzie się jakichś serek, ser, wędlina, warzywka, śmietana – po uważnym wczytaniu się w etykietkę, czy to przypadkiem nie wyrób a’la jedzenie.

AdBuster fajnie wyłożył definicję a’la jedzenia :D

AdBuster jedzenie a’la jedzenie

Czasem w codziennej bieganinie zapomnę z domu prowiantu. Cóż… jak się uda, nawiedzam okolicznego Lidla. Typowego osiedlowego spożywczaka też blisko, z produktami zza lady, już nie – szanse na  zapoznanie się z etykietką są nieeewielkie.

Równie kiepsko jest kiedy jestem w miejscu, gdzie nie ma niczego do jedzenia. Albo ląduję się u kogoś z wizytą i okazuje się, że mimo zastawionego stołu, dla mnie nic nie ma ;/ Uroki polskiej kuchni.

Do wyboru mam wtedy albo, albo. Głodować albo na coś kiepskiego się skusić. Irytujący głód zajeść potem w domu, albo przeżywać wyrzuty sumienia szczególnie jak dopada wredny zastój albo kolejny kawałek kilograma dochodzi na wyświetlaczu wagi. Jeszcze nie doszłam do stałego  wyboru, różnie u mnie pada. W codziennym zaganianiu łatwo zapomnieć o jedzeniu i zacząć o nim myśleć dopiero kiedy żołądek zacznie dręczyć. Kiedy już zacznie dręczyć to dziwną miarą zaczynam z niechęcią myśleć o jedzeniu mimo, że go potrzebuję.

Ech, odżywianie to także psychika, to co w głowie człowiekowi siedzi.