Któż z nas nie uważa się za alfę i omegę, myśli że zna się na wszystkim po przeczytaniu jakiejś informacji w sieci? ;)

Wyjątkiem sama nie jestem.

Prędkość życia i nastawienie do tzw. ekspertów w dzisiejszych czasach, zmieszane z chęcią efektów „na wczoraj”  – i mamy osoby które stosują diety gazetowe, znalezione  sieci, zasłyszane od koleżanek. Nieraz robiłam dokładnie to samo. Dietetyk to mnie na oczy nie widział, a jeśli minęłam gdzieś kiedyś przypadkiem na ulicy jednego, to z góry przepraszam za nierozpoznanie tego wiekopomnego faktu ;)

Trochę mi zajęło znalezienie takiego sposobu odżywiania, który zarówno by mi pomagał (rozwiązywał problemy zdrowotne) jak również nie byłby kolejną przejściową dietą i próbą wyjścia z impasu. Dieta niskowęglowodanowa zmieniła się już w zwykłe nawyki żywieniowe. Trudno mi teraz sobie wyobrazić spożywanie przez cały dzień np. tylko warzyw. Przywykłam do miłego uczucia, że nie jestem głodna i nie sapię po 100 metrach spaceru.

Dany sposób odżywiania musi rozwiązać pewne problemy i stać się naszym zwykłym, codziennym nawykiem. Nie katorgą, męczarnią stosowaną tylko dlatego, że jakaś gwiazda go stosowała i zaleca, albo piszą o tym w gazetach. Każdy z nas jest różny, ma inne dolegliwości, zapotrzebowanie na składniki odżywcze i inną historię odchudzania. Szczególnie ostatnia jest ważna. Jeśli katowaliście się jak ja niskotłuszczowymi dietami, różnymi wersjami MŻWR, wystąpiły wieloletnie problemy hormonalne, jest praktycznie pewne że żaden z takich zachwalanych cudów na dłuższą metę może nie pomóc. Trzeba usiąść i pomyśleć, jakich efektów oczekujemy i jak to jednocześnie dokonać nie katując i nie głodując się?

Ale jest dobra strona medalu. W końcu zajęcie się sobą, ułożenie diety tylko dla siebie, indywidualnej – czyż to nie jest przyjemne i nie łechce kobiecego ega?

Skoro jesteśmy tak różni od siebie, mamy tak różne historie i warunki genetyczne, skąd pomysł że gazetowa dieta pomaga? Sztuczki marketingowe (np. ładna modelka na zdjęciu), moda, być może pozytywne opinie znajomych… u mnie była to determinacja. Nie wiara czy sztuczki marketingowe. I myślę, że niejedna osoba sięgająca do takich wątpliwych źródeł jest zdeterminowana.