Po tylu miesiącach przyszedł czas na podsumowanie.

Wojna rozpoczęła się z pułapu dużo ponad 70 kilogramów przy wzroście ledwie 155 cm. Aktualnie wskazuje trochę powyżej 60 kg. Spadek w kilogramach nie jest nawet w połowie tak spektakularny jak obwodów.

Trzy rozmiary w dół. Obecnie góra to swobodne 36, dół ciasne 38. Najbardziej spektakularny spadek to talia, boczki, brzuch – dobijam do 30 cm spadku w obwodzie talii, a po wakacjach będę gonić 40 cm ;)

Naturalnie okolice talii nie są jedyną częścią ciała, gdzie spadek jest widoczny. Codzienne oglądanie efektów w lustrze nie pomaga w ich dostrzeżeniu, ale założenie ubrań – tak. W swojej szafie miałam schowane takie, przy których o zgrozo nawet na rękę nie mogłam wcisnąć. Teraz noszę już kilka z tych bluzek. Na wciśnięcie się w stare spodnie/spódnice jeszcze mi trochę brakuje, ale te sprzed 2 lat są już za luźne :D (40-cha).

Otyli ludzie mają nie tylko więcej centymetrów w talii, brzuchu, pupie, udach… Tłuszcz rozkłada się na całe ciało, wciska wrednie dodatkowe centymetry nawet na buzię, pod podbródek, na łydki, nad kolana, zwiększa szerokość stóp i ramion, ba – nawet okolice obojczyków inaczej wyglądają! Wszystkie te problematyczne miejsca przestały być problemem! Ślad dodatkowych kilogramów dalej tam jest, ale teraz gdy spojrzysz na mnie na ulicy, wyglądam co najwyżej na kobietę z kilkoma dodatkowymi kilogramami, rozmiar co najwyżej 38 zamiast parówki na dwóch nogach. Nie czarujmy się, nie tylko postrzegałam siebie jako otyłą, ale też tak wyglądałam.

Miałam trochę odstępstw – jak w pierwszej fazie, ale wynikały one głównie z faktu znalezienia się w miejscu gdzie nic z mojego menu nie było można zjeść. Reszta to zachcianki na przykład – gofry nad morzem podczas urlopu. Ale i tu staram się unikać jak mogę cukru, gotowych słodkości, produktów zbożowych, etc. Nie mam jakoś wyrzutów sumienia, nie czuję się jakbym była na jakiejś restrykcyjnej diecie. Po prostu, dzień w dzień, nie głodzę się i jem do syta, i to rzeczy mocno odżywcze. Wyniki krwi fantastyczne. Początki i przestawienie się były ekstremalne, ale dzisiaj absolutnie wiem, że było warto. Nadal problemem jest oczywiście żywienie w miejscu gdzie nie decyduję o kuchni – to jednakże wynika z faktu, że ludzie wokół masowo uzależnieni od chleba, przetworzonej żywności i polepszaczy smaku wybierają kompletnie inne produkty. Cóż, przeżyję.

Jednym z następstw odstępstw był nawet ostry napad alergii. Wiem już mniej więcej co mi szkodzi. Dla mnie dieta niskowęglowodanowa z zasady jest dietą bardzo nieprzetworzoną – niewiele tu produktów nasilających alergie, konserwantów, dodatków do żywności i gotowców. Po zjedzeniu sporego kawałka kupnej rolady lodowej, dostałam wysypki i gorączki dzień później. Innych odstępstw nie było, jadłam to co zwykle, więc wiem że to było to.  Tydzień dochodziłam do siebie. Niechcący zrobiłam sobie dietę eliminacyjną w całym tym procesie, ale nie powiem by było to złe. Wręcz przeciwnie!

Nie sposób też nie wspomnieć o znaczącym wzroście siły i kondycji, zmianie kompozycji ciała. I mam mięśnie! Tzn. zaczynam je czuć :D Nie ćwiczę dużo, moja główna aktywność dotychczas to był rower, basen, od przypadku do przypadku siłownia, już częściej jakieś ćwiczenia w domu. Wychodziłam z założenia, że nie zaćwiczy się błędów w żywieniu, a aktywność fizyczna powinna być wpleciona jak najmniej inwazyjnie w nasze codzienne życie inaczej długofalowo nie utrzymamy jej.

Niedawno na forum dieta.pl dołączyłam do wyzwania treningowego. Chcę trochę jeszcze poprawić kompozycję ciała, poza tym ćwiczenia pomogą mi uporać się z problemem luźnej skóry po zrzuceniu tych dziesiątek centymetrów. Zadziwiające, bo po rozpoczęciu kilku różnych treningów na różne partie mięśni okazało się, że wiele z nich wykonuję bez problemu. W grudniu zeszłego roku nie zdołałabym wykonać nawet 1/4 z nich. Zmiana żywienia poprawiła nie tylko cyferki na wyświetlaczu wagi sprawdzającej kilogramy, zawartość tkanki tłuszczowej i inne parametry. Wychodzi na to, że zmiana diety poprawiła stan mojej tkanki mięśniowej w znacznie większym stopniu niż dotychczas myślałam. Oceniałam dotychczas przez pryzmat wyglądu ciała- jasne, było o niebo lepiej – ale naprawdę nie doceniałam jak istotna to była zmiana dopóki nie zaczęłam ćwiczeń siłowych i na poprawę konkretnych partii.

Nie wylewam teraz siódmych potów – by było jasne. Co najwyżej wylewam je przez upały. Podstawowym moim planem nadal jest trzymanie się aktualnego sposobu odżywiania. Ćwiczenia mają tylko trochę pomóc w ukształtowaniu newralgicznych miejsc, niczym kropka nad i :)

Ufff, ale się rozpisałam. Jest sporo aspektów, o których nie napisałam, no ale cóż – będzie temat na inne notki :D