Początki diety

Wojna rozpoczęła się z pułapu dużo ponad 70 kilogramów przy wzroście ledwie 155 cm.

Wzrost wagi zaczął się z pułapu 50 kg – będąc nastolatką miałam niedowagę, na studiach balansowałam w okolicach 50 kg i z tą wagą czułam się bardzo dobrze. Własna niekonsekwencja w jedzeniu, problemy hormonalne i nieskuteczne diety – przybywało mi stale;  a w najkoszmarniejszym okresie waga wskazywała ponad 75 kg.

50% nadwagi… tragedia. Najgorsze, iż cokolwiek nie robiłam, jak konsekwentna by nie byłam w odżywianiu przez 2 ostatnie lata i ile ćwiczyłam, waga w najlepszym wypadku spadała o kilogram – głównie jednak nie tyłam dalej. Małe odstępstwo od reżimu – i znów w górę. Czułam się podle… Byłam nawet na diecie Dąbrowskiej, trochę to pomogło ale tylko trochę.

Otoczenie i „dobre” rady dla odchudzających…

Obowiązujący dogmat, że nadwaga bierze się z obżarstwa i lenistwa zupełnie nie pomaga. Osoby z nadwagą, walczące z kilogramami i własnym ciałem, niejednokrotnie jedzą dużo mniej, są zdyscyplinowane a efekty tego… mizerne w najlepszym przypadku. Wiem to doskonale po kilkuletniej walce.

Poskarżyłam się nowemu lekarzowi na problemy z wagą podczas kuracji zaaplikowanej przez poprzednika. Poradził zrobienie m.in. krzywej cukrowej (sprawdzenie stężenia cukru we krwi, badanie diagnostyczne przy podejrzeniu cukrzycy) – strzał w dziesiątkę. Od tego zaczęło się zainteresowanie ograniczeniem i kontrolą spożycia węglowodanów. Byłam tak zdesperowana, że nie było problemu poglądowego z przestawieniem żywienia na coś, co dotychczas uważałam za najbardziej zgubne.

Terapia szokowa, niekonsekwencja na diecie…

Miałam trochę odstępstw – to przyznaję, pewnie parę razy się przydarzą jeszcze. Wiem, że efekty mogłyby być teraz bardziej spektakularne. Ale wiem już co robić i dieta zmieniła się po prostu w życie i „normalne” teraz dla mnie jedzenie. Początek był ciężki, głównie jednak dzięki temu że się nie katuję na diecie i nie odmawiam sobie jedzenia jest to po prostu długofalowe rozwiązanie.

Nie zmienia to faktu – początki nie należały do najłatwiejszych – pierwszy tydzień szokowy zdumiał najbardziej. Nie dosyć, że jadłam non stop, to ciągle byłam głodna i miałam ochotę na słodkie! Ciągle chciało mi się pić… Nie wiedziałam dotąd, jak bardzo od węglowodanów można się uzależnić. Około szóstego dnia dopiero mi minęły dzikie napady głodu i ssania w żołądku.

W następnym tygodniu niedowierzająco patrzyłam na wagę. Spadała. Schudłam 3 kg w ciągu 2 tygodni – co dotychczas wydawało mi się niemożliwością. Poprawiło motywację. W grudniu spadłam poniżej 70…

Minęły męczące mnie migreny, nastrój bardzo się poprawił, lepiej śpię.  Cukier spadł – mierzę regularnie paskami. Fajnie.

W styczniu złapał mnie przestój w w odchudzaniu (na wadze, którą miałam przez dłuższy czas półtora roku temu), o czym zresztą pisałam w innym poście.

Waga ruszyła wreszcie znów w dół i w momencie pisania tego posta mam nieco ponad 67 kg. Ale waga to nie najważniejszy efekt (ruszam się, i czuję po sobie że trochę mięśnie na tej diecie mi wracają ;) ). Nie do pobicia i całkowicie oszałamiający jest spadek obwodów, nie tylko w newralgicznych miejscach. Z rozmiaru 44 zrobił się 38-40.

By przytoczyć… 12 cm mniej w talii, 8 cm mniej w udach.

Nogi, biodra, ręce, buzia – gdzie nie spojrzę, tam mnie mniej. Pierwszy raz po dwóch latach założyłam kurtkę sprzed dwóch sezonów –  w rozmiarze 38.

I jak mi ktoś dalej będzie wkręcał formułkę „mniej żryj i rusz 4 litery”, to go wyśmieję.