Nie znam nikogo, kto nie chciałby być atrakcyjny – we własnych oczach i oczach innych. Coraz częściej atrakcyjny staje się synonimem do szczupły. Grubsi lub chociażby grubsi spotykają się z ostracyzmem ze strony otoczenia. Równie szybko i łatwo, jak przybywa kilogramów, tracą  poczucie własnej wartości.

Większość osób marzy o sylwetce modela/modelki – ich wizja atrakcyjności kreowana jest przez media. Wyszukują w sobie setki wad, z „nadmierną” wagą na czele. Chociaż z pewnością nie chciałabym być wieszakiem na ubrania, nie chcę także przypominać pączka. Czy to przez wieloletni wpływ mediów, czy innych czynników, gdyby ktoś nazwał mnie „pączusiem”, odczułabym to jako obelgę.

Nadwaga obecnie jest postrzegana jako konsekwencje lenistwa i obżarstwa, nie jako wypadkowa wielu czynników – w  tym głupiej wiary w tzw. zdrowe odżywianie lansowane w oficjalnej dietetyce. Ilu z nas ma problem z tzw. prawidłową wagą i jej utrzymaniem, mimo że przestrzega oficjalnych zaleceń, często z rodzaju „mniej jeść i więcej się ruszać”? Efekty są raczej… chude. Na Nowej Debacie można przeczytać artykuł „Tłuste efekty chudych zaleceń” i wiele innych artykułów opisujących, co nam przyniosło stosowanie się do tzw. piramidy zdrowego żywienia.

Frustrację i marne efekty – łagodnie określając w moim przypadku. Na własnej skórze przez lata przekonałam się, że nadwaga nie wynika z nadmiaru spożywanych kalorii i braku ruchu. Źle się czułam, byłam słaba, bez energii, tylko motywacja trzymała mnie jeszcze przy restrykcjach żywieniowych. Chciałam schudnąć, nie brakowało woli ani możliwości, a mimo to wszystko co robiłam przynosiło kiepskie efekty. Zrodziła się frustracja. No jak to – dlaczego nie mogę schudnąć, skoro przestrzegam zdrowej diety i uprawiam sport?

Co to za żywienie, jeśli powoduje coś takiego? Czy może być zdrowym jeśli powoduje nie tylko brak efektów terapeutycznych, ale i pogarsza dotychczasowe problemy? Nie trzeba być naukowcem czy dietetykiem by dojść do wniosku, że nie.

Długo nie miałam rozwiązania, aż wreszcie lekarz (nowy) zwrócił mi uwagę na związek problemów hormonalnych z cukrzycą i wysokim stężeniem insuliny we krwi, z tzw. syndromem metabolicznym. Okazało się to kluczem do wszystkiego. Odkryłam nagle sporo publikacji omawiających związek insuliny z otyłością i znalazłam też odpowiedź na nurtujące – i przede wszystkim frustrujące – mnie pytanie: dlaczego dieta i ruch nie działały, dlaczego nie chudnę tylko tyję? To nie ilość kalorii i ich jakość wpływa na nadwagę, tylko co organizm robi ze składnikami odżywczymi i dostarczoną energią. Czy ją magazynuje kosztem wszystkiego czy wręcz przeciwnie, spala własne zapasy?  Czy jeśli ograniczę przyjmowanie kalorii sięgnie do zapasów (jakby mogło się wydawać)?

Oficjalnie obowiązująca doktryna mówiła: tyjesz, bo przyjmujesz więcej kalorii niż spalasz. Jest to totalna bzdura, zanim to zrozumiałam, narobiłam przez lata sporo szkód swojemu ciału i niełatwo je naprawić.

Energia, składniki odżywcze które przyjmujemy z pokarmem, mogą być wykorzystane w różny sposób. Mogą trafiać do tkanki tłuszczowej i się z niej nie wydostawać pod żadną naszą dietetyczną katorgą. Wiem co mówię na własnym przykładzie ;( Jeśli nie chudniemy musimy zadać sobie podstawowe pytanie: co sprawia, że ciało zacznie spalać tkankę tłuszczową, jakie mechanizmy chemiczne do tego prowadzą.

Tak. Chemiczne, nie energetyczne.

Czy brak energii wywołuje automatyczne sięgnięcie do zapasów zgromadzonych w tkance tłuszczowej? Nie. Wielokrotnie udowodniono w rozmaitych eksperymentach m.in. na szczurach, iż mogą umrzeć z niedożywienia ze sporą tkanką tłuszczową – ponieważ ich organizm nie oddaje energii z tkanki. Tylko do niej wkłada. Rodzaj czarnego worka – wpadnie i nigdy stamtąd nie wypada.

Muszą zajść konkretne reakcje chemiczne w ciele, by organizm gromadził albo spalał tłuszcz. Zasadniczo, podstawowymi elementami w biochemicznej maszynie sterującymi procesem gromadzenia tkanki tłuszczowej jest insulina. Cały mechanizm opisano wiele lat temu i można znaleźć w wielu podręcznikach…  Insulina stymuluje enzym, który „wprowadza” tłuszcz do komórek tłuszczowych i zapobiega wydostawaniu się. Brak insuliny sprawia, że nie możemy magazynować energii w postaci tkanki tłuszczowej. Żadna energia bez insuliny się tam nie dostanie – niezależnie czy dostarczamy ciału nadmiar energii czy niedostatek.

Mamy za dużo insuliny – ciało ciągle robi zapasy. Nie tylko ciągle dodajemy do zapasu, ale nie możemy z niego korzystać!

Skoro istnieje coś o funkcji insuliny, to jest także przeciwna substancja, antagonista – glukagon. Odpowiada za uwalnianie energii, czyli pełni przeciwną rolę. Gdy „insuliny jest niewiele, włącza się glukagon i górę bierze tryb uwalniania energii. Wtedy tłuszcz wydostaje się z komórek i zostaje wykorzystany przez organizm jako źródło energii. Tak to powinno działać. Kiedy jemy, wydzielana jest insulina, która magazynuje energię. Po pewnym czasie, jeśli nic nie jemy, poziom insuliny spada. Wydzielany jest wtedy glukagon, który „odzyskuje” zmagazynowany tłuszcz, aby zapewnić stały dopływ energii na potrzeby naszego organizmu.”

Rozregulujemy mechanizm insulina – glukagon, i problemy gotowe.  Prawidłowy mechanizm zarówno gromadzi, jak i ODDAJE energię z tkanki tłuszczowej. Tak długo jak nie jest zaburzony, możemy schudnąć.

Najgorsze jest to, że ten mechanizm łatwo rozregulować stosując tzw. piramidę zdrowego odżywania – której podstawę stanowią węglowodany, produkty zbożowe, warzywa, a nieczęsto można spożywać produkty białkowe i tłuszcze. Czy stosując zasady żywienia, które rozregulowują ważne procesy chemiczne w naszym ciele, takie odżywianie może być słuszne i zdrowe? Absolutnie nie. Żywienie wg piramidy prowadzi do nadmiaru insuliny w organizmie. Insulinę stymulują węglowodany, będące podstawą piramidy (wg piramidy najwięcej energii powinno pochodzić z węglowodanów).

Wyrzuciłam teorię bilansu kalorycznego, tzw. zdrową dietę i myślenie „mniej jeść, więcej się ruszać” za okno kilkanaście tygodni temu. O czym możecie poczytać na tej stronie.

Po raz pierwszy od dawna dobrze czuję się w swoim ciele. Wreszcie wraca do równowagi – bez głodu, katorgi, odmawiania sobie jedzenia kiedy ciało woła o składniki odżywcze, z mnóstwem energii do działania i uśmiechem na buzi. Jestem zła na siebie, że tak długo wierzyłam i stosowałam wierutne dietetyczne zalecenia – stworzone zresztą wcale nie przez lekarzy jak się okazało po prześledzeniu wielu publikacji.

Niewiedza boli. Szczególnie na diecie.