Częstym zaleceniem dietetycznym jest „trwała zmiana nawyków żywieniowych”. Na te prawidłowe, obojętnie jakie by nie były wg zalecającego;)

Ogromnym problemem osób odchudzających się, jest właśnie trwała zmiana nawyków. Odstawienie wszystkich tych „pyszności”, niejednokrotnie śniących się po nocach, na rzecz przysłowiowego listka sałaty i innego mdłego jedzenia… po czym po osiągnięciu jakiegoś efektu terapeutycznego powrót z wielką ulgą do „normalnego” jedzenia. Na efekty nikt długo czekać nie musi, tzw. efekt jojo w odchudzaniu wszystkim nam jest doskonale znany.

Niewiele znam osób, które do diety podchodzą w sposób „to moja codzienność”, a nie jakieś odstępstwo od codzienności i reżim.  Tak. Dla większości z nas odchudzanie czy diety kojarzą się z katorgą, wyrzeczeniami, głodem i odmawianiem sobie przyjemności. Czy może dziwić przy takim podejściu brak sukcesów i psychiczny dołek? Mnie w ogóle nie dziwi, byłam tam wiele razy… Na własnej skórze przez ostatnie lata przeżyłam stosowanie w praktyce oficjalnych zaleceń dietetycznych i całą porażkę, jaką one gwarantują… ba, nawet byłam na diecie Dąbrowskiej. Jeśli ktoś czytał poprzedni blog, z którego zrejterowałam na rzecz małej ilości węglowodanów, to wie o co chodzi. Nie pamiętam bym była równie głodna na jakiejkolwiek innej diecie…

Jednym z głównych powodów, dla którego udaje mi się spokojnie „trwać” w niskowęglowodanowym jedzeniu, jest to że tu nie ma głodówek, i jedzenie należy do naprawdę smacznych. Są diety gdzie je się te same produkty, albo są mało smaczne (szczególnie odtłuszczone…). Niskowęglowodanowa dieta obfituje w produkty, z których robi się większość jedzenia, które ludzie spożywali przez ostatnie stulecia. To daje ogromne pole do popisu, bo niejako wracasz do samych podstaw składników wszystkich dań… Ogrom możliwości jest niesamowity, ogranicza cię tylko wyobraźnia, zdolności kulinarne czy portfel.

O jakie możliwości różnorodności…!. To nie jest jedzenie kurczaka trzy razy dziennie, zapijanie jogurtem naturalnym i makrela dla urozmaicenia (jak np. na Dukanie) – brrr. Nie stronię też od owoców (moja zguba :D), jedynym ograniczeniem w ich spożywaniu jest ilość. Kiedyś z powodzeniem mogłam zastąpić owocami posiłek, dzisiaj już tego nie robię. Nie było problemem zjeść 1,5 kg mandarynek zamiast obiadu – tylko po takim posiłku głodna byłam ekspresowo… Parę zjem i tyle. Nie ciągnie do całej siatki. Spokojnie mówię dosyć.

Moim własnym subiektywnym zdaniem, jak i w praktyce widać, że spadek masy ciała można osiągnąć na bardzo różnych proporcjach makroskładników. Między innymi na dietach niskowęglowodanowych. To zatem nie proporcje stanowią największy problem osób odchudzających się lub próbujących utrzymać osiągniętą wagę. Tylko ich myślenie. Okresowa restrykcja kaloryczna, katowanie się na siłowni by osiągnąć jakiś wymarzony cel, a potem laba lub jakieś drobne odstępstwa. Albo pilnowanie jedzenia non stop… bo inaczej znów się przytyje. Nosz ludzie, słowo dieta przez takie myślenie stało się synonimem katorżniczej udręki, głodu, niedojadania i sałaty na obiad. Przecież nie da się tak na dłuższą metę żyć. Tak się tworzy zaburzenia odżywiania, nie życie. 

Wizja diety w społeczeństwie to jakaś masakra. Moi znajomi, ba nawet moi rodzice, też należą do tego grona wariatów, którym dieta kojarzy się z dużymi restrykcjami i brakiem możliwości pożerania ulubionych smakołyków. Dobra, ja też uwielbiam gorące crossainty z rozpływającym się kremem czekoladowym, ale wiem czym kończy się u mnie spożywanie produktów zbożowych, w połączeniu z czystym cukrem. Jak widzę te spojrzenia gdy mówię że nie jem chleba… że nie mam mąki w domu… to widzę w ich oczach czyste współczucie ;) Współczucie wobec czego – dobrego samopoczucia i braku żalu na tym świństwem powodującym u mnie wysypkę?

Wielu z nas odchudza się bo ma w głowie ten paskudny obraz atrakcyjności. Kobiety szczupłe, ale z biustem. Bez fałdek, zmarszczek, ba nawet śladów na kolanach po szczęśliwym dzieciństwie na podwórku. Taki obraz jest w głowach tych, na zrobieniu których wrażeniu nam zależy. I nawet jak my się zmienimy, zaakceptujemy jak wygląda normalny człowiek a nie udziwniony potwór z okładki, wyretuszowany photoshopem… to reszta pozostaje bez zmian. I tak katujemy się bo chcemy być szczupłe (czyt. atrakcyjne) w oczach innych. Nie dla siebie bezpośrednio, ale dla tego egoistycznego poczucia atrakcyjności. Przecież większości nam, to ile cyfra pokaże na wadze, kompletnie w życiu nic nie pomaga ani nie zmienia dopóki rozmiar czy brak siły nie jest przeszkodą w osiągnięciu jakiegoś celu… Gdyby nagle zahipnotyzowano 90% mężczyzn i za atrakcyjne uznawaliby tylko te w rozmiarach co najmniej 40 – cały ten biznes skupiony wokół odchudzania by padł. Ludzie by odetchnęli.

I tak kiedy nam się wydaje, że osiągnęliśmy upragniony cel, rzucamy katusze diety. Zresztą, diety zdają się tylko jedną z tryliarda rzeczy, w które kobiety potrafią się wkręcić dla atrakcyjności. Noszenie szpilek to co? ;)

Taki obraz sprawia, że kiedy cel zostaje osiągnięty, rzucamy dietę lub ją mocno modyfikujemy bo mniej lub bardziej świadomie taki styl odżywiania nam nie pasował. Jedzenie nie smakowało, albo się zmuszaliśmy, albo głodziliśmy…lista rozpoczynająca przyczynę odczuwania dyskomfortu na diecie jest długa.

Kto z was może śmiało powiedzieć, że dieta którą stosuje w celu utraty kilogramów to to samo jedzenie, które będzie kontynuował z wielką przyjemnością i bez przeszkód przez miesiące, lata, dekady – zwiększając jedynie nieco podaż kalorii gdy dobije mniej więcej celu? Ja mogę. Zajęło mi to niecały rok, co uważam za ogromny sukces wobec faktu że większość ludzi nie może nawet o tym pomarzyć. Wymagało pracy, powstrzymywania zachcianek… przez początkowy szok. Inne przyjemności jedzeniowe zastąpiły stare. Dzisiaj np. jadłam sernik na śniadanie. Jeszcze ciepły. Pychota.

Nie twórzcie sobie planów dietetycznych z księżyca. To ma smakować, odżywiać, uspokajać psychikę i nie dręczyć. Nie ma znaczenia proporcja w tym, nie o tym jest ten post – chociaż jestem zwolennikiem niskowęglowodanowych diet. Wszyscy popełniamy te same durne błędy, ja je popełniałam w samodzielnym żywieniu przez ponad dekadę i dopiero teraz doszłam z jedzeniem do ładu. Ma mi pasować, nie dręczyć mnie, nie chcę czuć głodu i nie chcę chorować. 

I tak, odkryjecie inny świat jedzenia, które wam służy i które nie katuje… i jedna cegiełka atrakcyjności zostanie dodana. Bo nasza dieta to część naszego codziennego życia, jak i tego za 10 lat, a nie wyodrębniony  wirtualny straszny byt, do którego zakończenia chcemy dotrzeć ekspresem.